:Po raz pierwszy wszedł do siedziby swego przyjaciela. Cisza oczyła go i zaniepokoiła. Kilka pokoi tonęło w ciemnościach. _ mniał sobie, że Ray wychodził nocą na plażę, aby uniknąć tłumu cych się i amatorów surf%mgu, który obejmował ją w posiadanie _ dnia. Otwarte szeroko okna wychodziły na taras nad oceanem. o balustradę badał wzrokiem ciemność otulającą plażę. Doł sylwetkę leżącą na piasku wysrebrzonym światłem księżyca. oryzujące fale rozbijały się u stóp Raya. Nosił ciemne slipy jące wąskie biodra. Ramiona skrzyżowane pod głową, nagi tors miały biel perłowej masy. Krople wody w blasku księżyca lśniły na jak brylanty. Fala czułości, nieokreślone pragnienie owładnęło n. Zszedł po drewnianych schodkach, nogi grzęzły mu w piasku. oli zbliżył się do Raya. Miał przed sobą tyle czasu, że nie chciał eczyć czaru, który roztaczał się dokoła niby magiczny woal. Długo przyglądał się swemu śpiącemu przyjacielowi. Bob zdjął smoking, odrzucił go na piasek wraz z muszką. Rozpiął izulę i położył się na piasku obok Raya nie budząc go ze snu. ystarczyło mu podziwiać jego twarz i linie jego ciała. Czas mijał Itczony szumem fal. Ray otworzył oczy. Spojrzał na Boba nie zdziwiony jego obecnoś: Uśmiechnął się. - Przypominasz księżniczkę Paulinę Borghese opartą na łokciu ypoczywającą na łożu. Rzeźbę z białego marmuru. .

- Ale wciąż nas to martwiło - powiedział Hanson. - Zadzwoniliśmy na policję.. - Esperanza! - głos zabrzmiał chrapliwie, jakby Decker przełykał żwir. Spróbował jeszcze raz, donośniej. - Esperanza! Tym razem snop światła latarki zatrzymał się na barierce, chwilę później zjechał w dół urwiska i Decker zauważył, że spadek w tym miejscu był stopniowy, układał się w serię platform porośniętych krzakami i drzewami, które schodziły ku ostatniej, pionowej stromiźnie opadającej do rzeki.. Nieprzezwyciężony wstręt do tej nietoperzej głowy i tych żółtych oczów, które. - No dobrze, wobec tego teraz myślmy rozsądnie.... Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd.. - Ja nie muszę myśleć, ja wiem. Leć do niego, leć, ty mu coś powiesz, on ci coś powie, nawzajem sobie poopo-wiadacie... Pamiętaj, że o kluczu wiesz tylko ty i morderca. - Oszalałeś? - spytałam gniewnie. - Coś ty znów wymyślił, dlaczego tylko ja i morderca? - Pomyśl, a zgadniesz. Nie będę ci ułatwiał, ja nie jestem od ułatwiania. Jedyne, co ci chętnie ułatwię, to zgrzeszyć z prokuratorem. - A proszę cię bardzo, ułatw, ułatw, jeśli potrafisz. Nie będę od tego - odparłam jadowicie. Diabeł objął dłońmi kudłate kolano i chichocząc złośliwie kiwał się w przód i w tył na krześle Witolda. Potem pochylił się ku mnie i oparł dłonie o moją deskę. - Jedno ci tylko powiem, bo nie lubię, jak ktoś ma głupie złudzenia. Ja wiem, jaki czas przyjął lekarz milicyjny: dokładnie ten, w którym Zbyszek nie ma alibi... - Żeby cię jasny piorun trafił, ty przeklęte ścierwo! - powiedziałam z furią. - Idź do wszystkich diabłów! Zejdź mi z oczu! - Jak będę chciał, to zejdę - prychnął diabeł. - Nie tak łatwo się mnie pozbędziesz, o nie! Sama wiedziałam, że nie ma na niego siły. Batalie z wyobraźnią zawsze przegrywałam. Patrzyłam na niego z obrzydzeniem, aż nagle przyszło mi do głowy, że przecież nie jestem przywiązana do tego miejsca. Niech sobie siedzi to bydlę do sądnego dnia! - Do widzenia - powiedziałam zimno. -.Wypchaj się trocinami i tłuczonym szkłem. Nie mam powodu być dla ciebie uprzejma. Wstałam z krzesła, zabrałam papierosy i godnie opuściłam pokój. Na wszelki wypadek wolałam się nie oglądać, bo zawsze istniała możliwość, że diabeł pójdzie za mną. Niepewność co do Zbyszka była dla mnie nie do zniesienia, więc udałam się wprost do gabinetu. Witka nie było, Zbyszek siedział sam i robił wrażenie nieco przygnębionego. Właściwie od pewnego czasu był to jego normalny stan ducha, spowodowany nie tylko jego prywatnymi kłopotami, ale także losami pracowni, której bliskim upadkiem był ogromnie przejęty. Postanowiłam teraz rozstrzygnąć sprawę i zyskać wreszcie jakąś pewność. - Panie Zbyszku - powiedziałam cicho. - Zważywszy wszystkie wypowiedzi, które swymi czasy między nami padły, nie ma pan chyba wątpliwości, że gdyby pan nawet wymordował pół miasta, z mojej strony nie spotkałby się pan z potępieniem. Zbyszek spojrzał na mnie znad różnych szpargałów i w oczach błysnęło mu zainteresowanie. - Rzeczywiście, nie mam takich wątpliwości. Pani ma odwrócone pojęcia dobrego i złego. Do czego pani zmierza? - Zamordowanie Stolarka jest moim zdaniem nie przestępstwem, a czynem społecznym, godnym najwyższej pochwały - ciągnęłam dalej. - Zabójca powinien zostać nagrodzony, a nie ukarany. Wyświadczył przysługę społeczeństwu i pan o tym wie równie dobrze jak ja. Mówię to wbrew własnym stratom, na jakie mnie ta zbrodnia naraziła. Niech mi pan powie prawdę: czy to pan go załatwił? Zbyszek wzdrygnął się gwałtownie.. "ja", święty suficki Mansur Mastana rzekł: "Ana`I-Hay" - "Jestem. - Steve, kupę czasu. Się masz? - odezwał się jeden z nich. Zarówno on, jak jego towarzysz byli zbliżeni wzrostem i wagą ciała do Deckera - sześć stóp, sto dziewięćdziesiąt funtów, wąskie biodra i tors przechodzący w potężne ramiona, które nadawały tułowiu siłę niezbędną przy wykonywaniu zadań specjalnych. Mieli również tak jak on około czterdziestki. Ale w tym miejscu kończyło się ich podobieństwo do Deckera. Jego włosy były piaskowego koloru i lekko falowane, natomiast mężczyzna, który się do niego odezwał, miał włosy rude i ścięte krótko przy głowie. Włosy drugiego kolegi były ciemne, zaczesane gładko do tyłu. Obydwaj mieli, nie pasujące do ich uśmiechów i eleganckich garniturów, grube rysy twarzy i przeszywający wzrok.. - Tak więc teraz przynajmniej możemy powiedzieć, że badania przeprowadzone zostaną zupełnie niezależnie od nas - twierdzi Sołowiow. choć będzie w nich uczestniczył doktor Iwanow, jako nasz przedstawiciel. Paweł Iwanow przybył do nowego gmachu Instytutu Patologii Amerykańskich Sił Zbrojnych w Rockviue w stanie Maryland piątego czerwca 1995 roku, przywożąc próbkę pobraną z kości udowej wielkiego księciaJerzego. Celem jego misji było upewnienie się, że ciało numer 4 rzeczywiście należy do Mikołaja II..